Valle de Elqui

Około 500 km na północ od Santiago znajduje się dolina Elqui w której uprawia się winogrona, niebo jest zawsze bezchmurne, a nawet w czasie upałów wieje przyjemny wiatr.

Nie jest to miejsce tak znane jak chociażby San Pedro de Atacama. Aby się tam dostać najpierw trzeba przyjechać do La Sereny, pierwszego większego miasta na północ od Santiago i dopiero tam złapać jeden z busów jeżdżących pomiędzy miasteczkami w dolinie. Już sam przejazd jest okazją do podziwiania wzgórz oraz rosnących na ich zboczach winorośli, ale samo miasteczko Pisco Elqui, w którym się zatrzymałem również nie jest pozbawione uroku.

image

image

image

image

image

Tak się złożyło, że zaraz po przyjeździe do hostelu poznałem dwie Chilijki, z którymi następnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę rowerową. Odwiedziliśmy małą wioskę Horcón, w której można było kupić lokalne rękodzieło oraz przysmaki, a później zajrzeliśmy jeszcze do destylarni Pisco, narodowego trunku Chile (oraz Peru, o co oba kraje do tej pory toczą spór). Jednak to nie wioska ani destylarnia zrobiły na mnie największe wrażenie, a widoki które zobaczyliśmy w drodze powrotnej.

image

image

image

Oprócz wycieczek pieszych, konnych i rowerowych największą atrakcją doliny Elqui jest bezchmurne niebo. Może się wydawać, że to nic szczególnego, ale to właśnie tu warunki do obserwacji gwiazd są najlepsze na całej południowej półkuli. Już w samym Pisco Elqui niebo jest niezwykle przejrzyste, ale wystarczy wyjść kilkaset metrów poza miasteczko, aby zobaczyć jeszcze więcej gwiazd. Codziennie wieczorem można też wybrać się do jednego z wielu działających tu obserwatoriów lub też wyjść z teleskopem na pobliską polanę. Gdy oglądamy niebo za pomocą teleskopu to jednak nie gwiazdy robią największe wrażenie, bo nawet wtedy pozostają one świecącymi punktami. Dużo więcej zobaczymy kierując teleskop na aktualnie widoczne planety – nam udało się oglądać Jowisza, na którym dobrze było widać jego pierścienie, a także cztery z jego księżyców.

image

image

Być może to dla wielu osób oczywiste, ale na południowej półkuli widoczne są gwiazdozbiory niż na północnej. Tak jak w Polsce zobaczymy Wielki Wóz, tak tutaj mamy Krzyż Południa, którego używano do nawigacji nocą w czasach gdy po morzach pływały żaglowce.

image

Po dwóch dniach spędzonych w dolinie pomyślałem, że wejdę na jedno ze wzgórz aby zrobić kilka zdjęć. Niestety jak się okazało, pomimo wysłuchania obszernych wyjaśnień, nie skręciłem we właściwą ścieżkę i tak zamiast pójść w górę poszedłem zboczem wzgórza, ale nawet taki spacer dał wyobrażenie o tym, że dolina jest swojego rodzaju oazą pośród niegościnnej przyrody.

image

image

image

image

Pomimo, że pobyt w dolinie Elqui miał być swojego rodzaju okresem lenistwa, ostatniego dnia nie wytrzymałem i pojechałem na rowerze do wioski Cochiguaz znajdującej się nieopodal. Tak właściwie to planowałem się tam wybrać wraz z konną wycieczką z rancza Rodriguez obok hostelu, ale ogarnięcie się ostatniego dnia pobytu zajęło mi zbyt wiele czasu i tak jedyne co pozostało to rower. Podczas wypożyczania usłyszałem jedynie od pani w wypożyczalni, że to bardzo ładna ale nieco trudna trasa. Niezrażony tym założyłem swój czarny kask i przy trzydziestostopniowym upale rozpocząłem rowerową wycieczkę. Trasa nie była szczególnie długa – do Cochiguaz było tylko 14km, ale była to wyłącznie droga pod górę. I tak poszukując cienia, którego nie było dotarłem do małego sklepiku z winogronami.

image

Ucięliśmy sobie z pogawędkę z właścicielem, ale ponieważ wieczorem musiałem wracać do La Sereny, zaraz wróciłem do rowerowej wspinaczki. Tempertura dalej była nieznośna, ale to nie odwodnienie wydawało się problemem tylko przegrzanie. Dlatego jak tylko znalazłem kamping wskoczyłem do rzeki żeby się nie ugotować. To jednak pomogło tylko chwilowo, bo moje szybkoschnące ubrania tym razem wyschły zdecydownie za szybko. W końcu udało mi się jednak dojechać, a nagrodą były zimne piwo, półgodzinny zjazd i kolejna porcja widoków doliny.

image

image

image

image

Po czterech dniach spędzonych w tym wyjątkowym miejscu powróciłem do La Sereny, a stamtąd pojechałem do Tongoy, ale o tym już następnym razem. Tymczasem jestem już w San Pedro de Atacama, a za dwa dni jadę do Boliwii.